home

Od czego tu zacząć? Może od rysunków, tym razem, Adama.
Adama przypominam sobie niemal od pierwszego dnia, kiedy to pojawił się w naszym Raju, w najprawdziwszym Raju na ziemi, gdzie zmagania o palmę pierwszeństwa trwały od ładnych kilku lat, gdzie dobrze wiedziano, kto tu się liczy, a kto po prostu tylko chodzi do szkoły. Ten niezbyt wyrośnięty chłopak szybko zwrócił na siebie uwagę akwarelkami delikatnymi, jak płatki dzikich róż i ... uporem, z jakim zmierzał w stronę tych, którzy się liczą.
Po latach, klikając w coraz to inne rysunki na stronie Adama (madam.waw.pl) znowu staje mi przed oczyma ten Raj, te nasze konkursy, to rysowanie na byle czym i te wspaniałe kreski, te sztrychy, te przetarcia robione tak niby od niechcenia a tak trafnie oddające rysy koleżanek z klasy, zawsze zakochanych i gotowych oddać wszystko w ofierze dla sztuki.
Wiemy, że Adam studiował w warszawskiej ASP i że został dyplomowanym magistrem sztuki. Jednak, chcę to podkreślić, jego rysowanie nie przylega do Krakowskiego Przedmieścia a jest naznaczone tym spontanicznym nałęczowskim romantyzmem, pełnym zapamiętania, momentami szalonym i bezradnym w swych młodzieńczych porywach. Bez tego żadna sztuka nie może się odbyć, i tak jest u Adama i nie ma tu miejsca dla rutyny i wyrachowania.
Wiem, że to, co dzisiaj wyczyniają artyści, ma się nijak do tego, co próbuję opisać. Taką wybrali drogę i niech Bóg ma ich w swej opiece, ja tylko zwracam uwagę na trudności, na które napotykam w opisywaniu czegoś, co w gruncie rzeczy z natury samej jest nieopisywalne. A, niech tam, idę dalej. W naszym ludzkim życiu przeważnie jest tak, że gramy w nim jakieś role i niechętnie zdejmujemy swe maski. I tak w tym trwamy, i tylko tacy artyści , jak Adam, potrafią nas odkryć dla siebie i pokazać innym, jacy jesteśmy tak naprawdę, bez masek.
Co zyskują portretowani, dlaczego tak chętnie pozują? Po prostu to, że stają się obiektem sztuki, którą znają i którą akceptują. Tak zawsze było, jest i chyba będzie!?

P. S. A oto lista tych, którzy się liczyli wtedy, tam w Nałęczowie: Marian Gryta, Henryk Welik, Krzysztof Górniak, Józef Ignatiuk, Izydor Grzeluk, Jan i Ryszard Lisy, Wacława Głos, Tadeusz Samoluk, Janusz Sienkiewicz, no i ja, piszący te słowy. Wspomnę także i o tych, którzy uczyli nas stawiać pierwsze kroki w rysunku i malarstwie, którzy budzili w nas ten nieprzemijający zapał do sztuki i podziw dla wielkich artystów, to: Michał Pudełko, Kazimierz Smuczak, Roman i Zenon Kononowicze, Lucjan Lewandowski, Eugeniusz Ścibior. Jak widać, niewielu, a jednak to oni przygotowali nas do roli artysty i to dzięki nim nasze życie nabrało głębszego sensu.

O co chodziło w tym współzawodnictwie, kim naprawdę byli ci, którzy się „liczyli”, i cóż to w końcu za szkoła, ten niby „Raj”?!
Wtedy, tam w Nałęzowie dopiero zaczynała się druga połowa dwudziestego wieku i teraz, po tylu latach trudno zebrać to wszystko do kupy, a jeszcze trudniej to poukładać, ocenić i porównać z tym, co zapamiętali inni uczestnicy rajskich uciech. Tak naprawdę można się jedynie pocieszać, że z tej odległej perspektywy to wszystko lepiej widać.
Otóż, lepiej widzę teraz to, że ta różnorodna pod każdym względem młódź waliła do szkoły artystycznej, lub jakiejś takiej, ale artystycznej, a tu okazywało się już po paru miesiącach, że to nie sztuce, ale przedmiotom ogólnokształcącym poświęca się główną uwagę. Co tu robić, dokąd iść, głowili się zawiedzeni. Maniuś Gryta przeniósł się do Zamościa, Józek Ignatiuk rozglądał się za jakimś wyjściem i wymyślił, że powinniśmy się przenieść na kwatery prywatne, by mieć więcej czasu na malowanie. Eksperyment nie powiódł się, bo po prostu zabrakło pieniędzy. Po jakimś czasie i ja ruszyłem z miejsca i przeniosłem się aż do Wrocławia, gdzie mieszkała moja rodzina i gdzie znajdowało się Liceum Plastyczne, ale i tu okazało się, że przedmioty ogólnokształcące wiodą prym, a o mieszkaniu mojej rodziny lepiej nie wspominać. Cóż, nie pozostawało nic innego, jak walczyć o swoje tu na miejscu, w Nałęczowie. Więc wstawaliśmy przed wschodem słońca i biegliśmy nad rzeczkę między wierzby z akwarelkami, by malować nieuchwytne stany przyrody, to znowu wieczorami urządzaliśmy w pomieszczeniu warsztatowym zajęcia z anatomii, rysując i rzeźbiąc chuderlawe postaci kolegów. Nadzieją napawały nas sukcesy starszych kolegów, którym udało się zdać egzaminy na Akademię. To naprawdę nas uskrzydlało i już te lekcje z polskiego czy matematyki nie były takie przykre, zwłaszcza gdy je prowadzili Buksiński, Tomicka czy Rybak.
Tak powoli i systematycznie sztuka wchłaniała to tego, to tamtą, i tak wyrastali ci, co się „liczą”, a i oni w końcu odchodzili do Warszawy, a ich miejsce zajmowali nowi, coraz liczniejsi. I po latach dowiedziałem się, że w Nałęczowie nie ma już PLTP, a jest ta wymarzona, ta nadzwyczajna i nieosiągalna dla nas plastyczna szkoła, i choć może już nie w Raju, ale jest.
шкода, що без пригоди минула молодість моя...

Ludzie już tacy są, że opuszczają nie tylko strony rodzinne; opuszczają ukochane, zapominają przyrzeczenia i niszczą świętości by osiągnąć wyśnione cele i zanim połapią sie, cóż są warte te cele, zbaczają z drogi i błądzą po bezkresach aż przychodzi ona, ta wstrętna i niechciana, i walczą z nią, i choć cena nie ma tu żadnego znaczenia, walczą aż do końca, i w tym zapamiętaniu poddają się, i bez reszty pochłania ich cały ten nieboski chaos.
Jeszcze spotykamy się od czasu do czasu w Nałęczowie, który jest coraz wspanialszy i coraz więcej widzimy tu ludzi, którzy tak jak my, utożsamiają się z nim i wyczuwamy to intuicyjnie, że już nie jest tylko nasz, że musimy się dzielić z innymi tą jego wszechogarniającą i wszechobecną atmosferą, jak ongiś to czynili nasi poprzednicy i stwórcy tego zacisznego zakątka na tej splądrowanej ziemi.

Włodzimierz Pańków, cdn

wpdesign©