home











Kazimierz Smuczak, nauczyciel rysunku

Repatriant
Miałem 16 lat i po różnych perypetiach takich, jak: radosne opuszczenie Imperium Zła, mniej radosny pobyt w jakiejś zatęchłej wiosce przy trasie Puławy-Lublin, krótkotrwała odsiadka w kozienickim więzieniu i samowolne opuszczenie aresztu, ogólniak w Puławach, konflikt z nauczycielem niemieckiego, wielokrotna jazda na gapę do Warszawy, oblany egzamin do Akademii Sztuk Pięknych, Państwowe Liceum Technik Plastycznych w Nałeczowie, Smuczak i lekcje rysunku, – wszystko to odbyło sie w 1951 roku i na dobre 5 lat zatrzymało mnie w uroczym acz zaniedbanym kurorcie nieopodal Lublina. Dodam, że tu, w Polsce miałem odnaleźć ojca, rodzinę i wolność. Niestety, okazało się, że ojciec jest, ale w Londynie i o tym się nie mówi, rodzina jest, ale w Klementowicach i żyje w biedzie, a wolność owszem, też jest, ale jakaś taka dziwnie szemrana. Wszyscy uważają mnie za jakiegoś bliżej nieokreślonego przedstawiciela radzieckiego narodu, a w szkole zamiast komsomolców są jacyś zetempowcy i zetempówki, którzy bezwstydnie domagają się opowieści o wspaniałościach Krainy Rad.
Jedynym mym pocieszycielem jest ten wariat, choleryk, opętaniec i błękitnooki szaleniec, który nie mówi, bo nie umie mówić, on grzmi i zapał do rysowania narasta w nas do stopnia, który graniczy z obłędem i w tym zapamiętaniu już nie narzekam na tę komuno-katolicka Polskę, i nie cierpię głodu, a spodnie z pokrzywowej wełny nie gryzą tak dokuczliwie mej gołej dupy.
Potop
Teraz jest rok 2010 - rok wielkiego potopu. Siedzę sobie przed pecetem i oglądam tłumy nieszczęsnych z woreczkami piasku jak biegają bezładnie w różnych kierunkach i usiłują zatrzymać ten bezlitosny dopust boży. Aż tu nagle, niby nieumyślnie, czytam frazę: Kazimierz Smuczak uważa, że Rosen malował temperą. To chyba nasz Kazio! pomyślałem i już nie odrywam oczu od ekranu, i czytam i czytam i widzę, że to ten sam Kazio, który ongiś za rączkę wprowadzał nas do krainy czarów, gdzie dusza odnajduje pokarmy niedostępne dla zwykłych śmiertelników, gdzie stajesz się kimś i to nie opuszcza cię aż do śmierci.
Wtedy, w tej naszej nałęczowskiej szkole, nie wiedzieliśmy nic, lub prawie nic o naszych nauczycielach, opiekunach, wychowawcach. Czasy były takie, że lepiej było nie wypytywać i nie wiedzieć. Dlaczego akurat teraz i to przypadkiem dowiaduję się, że nasz nauczyciel rysunku był też czyimś uczniem, a ten ktoś był znanym malarzem, mieszkał w Warszawie i razem z naszym Kaziem wykonywali na ścianach lwowskich cerkwi i kościołów różne malowidła, a technika, którą się posługiwali była zwykłą i jednocześnie niezwykłą temperą na suchych zaprawach tynkarskich.
Wody opadają
Powódź zaczyna mijać i wody powoli opadają, a ja sobie piszę o Smuczaku i patrzę na te zdjęcia z Ormiańskiej Katedry, patrzę i oczyma wyobraźni widzę to kaziowe i moje miasto, i tę Ormiańska Katedrę, wypełnioną po stropy drewnianymi rusztowaniami i na rusztowaniach cuda malowane temperami na deskach, a tam, gdzie ołtarz, najwspanialsze na świecie lipowe rzeźby Pinzela i za lasem tych rzeźb Eucharystia i nasz Pan Profesor w roli Chrystusa!
Sobór Ormiański
Związek Radziecki miał się jeszcze nieźle kiedy to po raz pierwszy przestąpiłem progi Ormiańskiego Soboru, w którego mrocznych pomieszczeniach mieściły się magazyny Lwowskiej galerii obrazów, a dokładniej wyglądało to tak: na drewnianych rusztowaniach, wykonanych po radziecku, czyli byle jak, w artystycznym nieładzie poukładano ikony, które kiedyś należały do kolekcji Metropolity Andreja Szeptyckiego a także ikony, pochodzące z innych, nieznanych mi zbiorów; przed ołtarzem głównym, również w artystycznym nieładzie, stały wspaniałe rokokowe rzeźby Joana Georga Pinzela, mego krajana z Buczacza, które pościągano z opuszczonych kościołów i cerkwi, pozbierano na wysypiskach, a niektóre wyjęto z gnojówek. Te rzeźby, choć zbrukane doszczętnie, w ciemnych pomieszczeniach soboru oślepiały złotem i wspaniałością zwinnych linii, napiętych w wyszukanych kodach trójwymiarowego dramatyzmu. Stałem w milczeniu a Pan Mykoła Batih, z którym zapoznano mnie, zdejmował z rusztowań to tę, to tamtą ikonkę i mówił: patrz, jak żółtym po żółtym i kto tak dzisiaj potrafi, albo tu, jak linia opisuje kształt trójwymiarowy i kudy im z tym ichnim kubizmem, abo tu, zobacz, jak brosza zsunięta z osi symetrii ustawia całą kompozycję. Mówił i pokazywał ze znawstwem jakiego dotąd nie znałem. Późnym popołudniem doszliśmy do wniosku, że historię malarstwa kiedyś napiszemy od nowa, a na razie potrzeba dużo terpentyny i denaturatu do walki z robactwem, które zjada ikony i rzeźby. Do głowy mi nie przyszło wtedy, by zapytać, co znajduje się za ołtarzem i kto to namalował.
































smuczak2


























































Bohema
W Biuletynie Ormiańskiego Towarzystwa Kulturalnego pan Jurij Smirnov w 2001 podawał, że Kazimierz Smuczak był uczniem i pomocnikiem Jana Henryka Rosena i to właśnie Smuczak wykonywał pracochłonne, niebezpieczne i żmudne prace ornamentacyjne, które wypełniały nieużyteczne dla figuralnego malarstwa i solidnie zniszczone przez wieki łukowate powierzchnie ścian soboru. Kiedy oglądam w internecie kolorowe fotki wnętrz świątyni ogarnia mnie nieustępliwe powątpiewanie, czy to Rosen czy Smuczak dbał o stylistyczną spójność malowanych obrazów i ornamentyki?  Szukam także odpowiedzi na pytanie, dlaczego metropolita Teodorowicz powierzył wykonanie prac malarskich akurat Rosenowi, a nie jakiemuś Ormianinowi; czy w tym czasie wśród Ormian nie było malarzy?
Wiadomo także, że Rosen zapraszał do pozowania miejscowych notabli: arcybiskupów Józefa Teodorowicza i Andreja Szeptyckiego, Annę hrabinę Wolańską, malarza Jacka Malczewskiego, Włodzimierza hr. Dzieduszyckiego, prof. Tadeusza Zielińskiego, abp. Bolesława Twardowskiego, Adama Kś.Czartoryjskiego i wielu, wielu innych. Dlaczego to robił? Dla towarzystwa?
Wokół malowideł z Ormiańskiego Soboru rozpętano w warszawskiej prasie bezpardonową wrzawę, zwłaszcza wokół postaci Chrystusa. Znawcy ściennego malarstwa najmocniej krytykowali samą twarz Zbawiciela; nie doszczegali w niej uduchowienia, cierpienia i piękna. Widocznie nie ten pozował, co trzeba. Wnerwiło to Rosena, zawołał naszego Kazia, wsadził mu na głowę rudą perukę i za parę godzin Chrystus miał twarz, jaką znamy do dzisiaj.
Po sukcesach w Kahlenbergu i Castel Gandolfo Rosen stał się sławny i już nie potrzebował pomocników i ruszył w świat, za wielką wodę, a Kazio? A Kazio pozostał po prostu tu.
Tarnobrzeg
„Jestem artysta malarz, uczeń i współpracownik prof. Henryka Rosena. Studiowałem polichromię monumentalną za granicą, a przed wojną uczyłem w szkole artystycznej we Lwowie...
Dziś siedzę w Tarnobrzegu i formalnie ginę z głodu z matką i córką”.
Kiedy Pan Kaźmierz w 45 pisze ten błagalny list do chmielowskiego proboszcza St. Władyki, w jego mieszkaniu we Lwowie przy ul. Kochanowskiego 91 mieszkają jacyś obcy; Sobór Ormianski przekształcają w magazyn; w kaplicy na Kahlenbergu malowidła i herby uświetniające Odsiecz Wiedeńska oglądają oficerowie sowieckich wojsk okupacyjnych; „Bitwa Warszawska” i „Obrona Częstochowy” są w Castel Gandolfo, czyli za żelazną kurtyną a Pan artysta malarz jest tu, w Tarnobrzegu i zdycha z głodu.
A mistrz Rosen? O, mistrz jest już w Ameryce i kto inny mu pomaga.
Restauracja
Ukraińskie i polskie źródła podają, że w Soborze Ormiańskim trwają prace restauratorskie nad malowidłami ściennymi Rosena. Tu i ówdzie wspomina się o Smuczaku. Jak zwykle, są pewne trudności. Mówi się, że farby utraciły spoiwo i osypują się. Smuczak podaje, że Rosen sprowadzał farby ze Szwajcarii od jakiegoś malarza-technologa. Ładny mi technolog. Prof. J. Drexler czemuś tę marną temperę nazywa freskiem na suchej zaprawie. Ładny mi fresk i profesor!
Jego uczniowie
Pytam moich szkolnych kolegów o Smuczaka. Nie pamiętają za wiele. Jakieś mało ważne okruchy. Mówią, że na cmentarzu w Nałęczowie jest jego zaniedbany grób. Leży tam razem z żoną. Nigdy tam nie byłem.
Sztuka
Ta ladacznica ma to do siebie, że zwodzi miliony opętanych jej urokiem, zabiera wszystko i nic nie daje.

Włodzimiez Pańków, maj 2010